Ostatnio obiecałam napisać co nieco o „Tajemnicy Szczęścia”.

Początkowo bardzo sceptycznie podeszłam do tej nowenny. Nie chodziło o to, że odmawia się ją rok. Nie mam problemów z wywiązywaniem się ze zobowiązań, które podejmę. Chodziło bardziej o jej treść. Przyznam, że niektóre przymiotniki wywołały we mnie mocne poruszenie… nic dziwnego, przecież męka Chrystusa nie była czymś miłym i przyjemnym. Modlitwa ta jest bardzo bezpośrednia w wyrazie… ale przekonałam się w końcu do niej, gdy zaczęłam czytać świadectwa ludzi, którzy ją odmówili ( nawet kilka lat z rzędu).
Zaczęłam więc pod koniec roku 2017. Wytrwale modliłam się i rozważałam mękę Chrystusa, później z czasem czułam coraz mocniej, że KTOŚ próbuje mnie poprowadzić podczas modlitwy… Nie wiem jak to wyjaśnić. Modliłam się za bliskich, w swoich sprawach, w ich sprawach… za znajomych, za wrogów… Ktoś podsuwał mi na myśl osoby, za które powinnam się pomodlić. Często mój umysł rozjaśniał się podczas tej modlitwy, rozwiązywałam problemy… Bardzo często po odmówieniu modlitwy złe myśli ( czasem samobójcze) odchodziły, a pod koniec czułam się już dobrze. Czasem czułam jak coś odciąga mnie od modlitwy, żebym przestała ją kontynuować, czułam nieraz wręcz obrzydzenie do czytanego tekstu, ale tylko przed modlitwą- później było już coraz lepiej. Mój umysł otwierał się powoli na prawdę BOŻĄ, na Jego słowo. Moje serce otworzyło się także na ludzi, ich problemy, na wrogów, nawet modliłam się za światowe sprawy… zależy co przychodziło mi na myśl podczas modlitwy.
W międzyczasie odmawiałam inne nowenny – to bardzo wzmacniało mnie i dodawało otuchy. Odmawiałam różaniec, nowenny do Matki Bożej, do świętych, Różaniec do Boga Ojca, Koronkę do Miłosierdzia Bożego… itd.
Najgorsze sytuacje, najtrudniejsze problemy, sprawy… rozważałam razem z Jezusem podczas modlitwy i dzięki Niemu przeszłam przez nie obronną ręką, a nawet można powiedzieć, że mile zaskoczył mnie finał nie jednej trudnej sprawy. Gdy modliłam się w trudnej sprawie ( bałam się oczywiście tego co będzie) czasem Duch Boży mówił do mnie: „Już zwyciężyłem.” – tak jakby już rozwiązał tą trudną sprawę i próbował mi powiedzieć, że nie ma się już czego bać. Ufałam mu! A później było dobrze!
Dwa miesiące przed końcem roku spełniłam końcu moje marzenie. Pojechałam do Częstochowy z Moim Ukochanym. Obiecałam sobie, że zawiozę go do tego miejsca świętego i wtedy Bóg na pewno wzmocni Nasz związek, oczyści Naszą relację ( przeszliśmy już nie jedno, ale przetrwaliśmy). Faktycznie On wyszedł z katedry wewnętrznie oczyszczony, a ja cały czas płakałam dziękując Bogu, że w końcu mogłam tam przyjechać i przywieźć Mu Mojego Ukochanego, którym opiekuję się modlitewnie przez okres ośmiu lat. Puściły we mnie wszystkie emocje, barykady… depresja jakby odpuściła na dobre ( od dawna nie czułam żadnych emocji). Klęczałam z Ukochanym w bocznej nawie, przed freskiem, na którym Maria Magdalena obmywa stopy Jezusa wonnym olejkiem i wyciera je swoimi włosami. Poczułam się jak Ona – uznawana za niegodną, ale mimo wszystko kochająca, i wybierająca Jezusa jako najwyższe dobro, kochająca Go do granic możliwości. Nie widziałam obrazu Matki Bożej Częstochowskiej ( w kaplicy było za dużo ludzi), ale klęcząc w tej bocznej nawie czułam jak przenika mnie moc Boża, która wypala we mnie wszystko co chore i zranione, oczyszcza, zamyka ranę i zakłada opatrunek. Później Nasze relacje z Ukochanym się polepszyły, zrobiliśmy się spokojniejsi, nawet przestaliśmy się kłócić.

Ostatni tydzień nowenny był najtrudniejszy. Zły cały czas mnie odciągał od modlitwy, czułam się słaba, depresja wzmogła się, nawet zdrowie fizyczne, związek, relacje rodzinne…praca, wszystko się sypało. Ale wiedziałam, że to próba wierności, dlatego dotrwałam. Po skończeniu nowenny, powoli wszystko zaczęło odpuszczać…
Przez okres kilku ostatnich miesięcy Duch Boży wspominał mi, żebym napisała świadectwo. Nie do końca wyjaśnił mi o co chodzi- jaką formę ma przyjąć to świadectwo, ale zdecydowałam się na blog. Nie wszystko da się opisać od razu. Nie wiem jak długo będę to pisała, ale postaram się wywiązać ze zobowiązania, w końcu Jezus wielokrotnie spełniał moje prośby, pomagał mi wspierał i pocieszał. Dlaczego miałabym mu nie podziękować choćby w taki sposób? Bo cóż mogłabym mu dać?

Polecam modlitwę: „Tajemnica Szczęścia”. Ja odkryłam tą tajemnicę i pewnie nie raz odmówię tę nowennę. Może teraz czas na Ciebie?

MariaEva.