Na początku był to dramat…

 

Zaczęło się od tego, że ksiądz w konfesjonale zaczął mnie osądzać. Lepiej wiedział, czy robię coś złego i skąd to wynika, niż ja sama i moje sumienie, które podpowiadało mi to co dobre i co złe, a co nie zależy ode mnie.

Po pierwsze zostałam potępiona za moje myśli samobójcze ( na podłożu depresyjnym). Zaczął się wymądrzać, oceniać mnie… a ja jedyne co mogłam powiedzieć na swoją obronę to: „Ksiądz nie wie jak to jest!” Zamknęłam usta tej osobie.

Druga sprawa ocenianie moralności mojego związku. Złożyliśmy sobie przysięgę dochowania wierności ( ja i mój chłopak), taką jaką składa się w kościele, przed ołtarzem, z tym, że jedynym naszym świadkiem był Bóg. Ksiądz stwierdził nieważność przysięgi. Do tego przypieczętowaliśmy naszą miłość przed ślubem co w obliczu kościoła jest grzechem. Po spowiedzi jeszcze raz uroczyście przysięgałam Bogu, że dochowam swojej przysięgi, tak jak powiedziałam.

Do dziś jesteśmy sobie wierni, dochowujemy tej przysięgi. Chłopak ma problemy z wiarą, ale moja konsekwencja, rozmowy o Bogu i modlitwa wyprowadziły go z ciemności. Spełniam swoją przysięgę i dalej prowadzę go do Boga i Bóg sam go oświeca. Myślę, że ślub kościelny to tylko formalność, bo ta przysięga wyryła się głęboko w moim sercu – a tu przecież nie chodzi o papierki, tylko o miłość. Z resztą kiedyś jeden mądry ksiądz stwierdził na ślubie pewnej pary, że nie może dać im ślubu, bo to wierni dają sobie nawzajem ślub, bo to Oni składają sobie to przyrzeczenie… To pokazuje jak niespójne i niewyraźne są granice tego co uznawane jest za ślub a co nie. Ale nie trzeba papieru, żeby być komuś wiernym i go kochać.

Po tej spowiedzi… załamałam się psychicznie. To co uważałam za święte i czyste ( mój związek) i to co nie było moją winą ( myśli samobójcze – depresja) zostały potępione, choć uzyskałam rozgrzeszenie. Nie wiedziałam co dalej robić, bo ten kapłan pozostawił mnie na rozdrożu. Czułam lęk, rozczarowanie, rozbicie… byłam potępiona, zbesztana, sama ze swoim sumieniem, które krzyczało: „To nie prawda, że Moja przysięga jest nie ważna! Złożyłam ją z sercem i oddaniem! Oddałam siebie cała mojemu Ukochanemu! I nie czułam się wtedy brudna, zbrukana, tylko szczęśliwa, kochana i w końcu spełniona!” Przez długi czas nie mogłam znaleźć swojej drugiej połówki… i choć ta nie jest „prosta w obsłudze” to jest MOJA WŁASNA i wymodlona, bo modliłam się o dobrego męża, gdy się spotkaliśmy.

Przestałam chodzić do kościoła i zaczęłam szukać prawdziwej relacji z Jezusem. Tak długo się modliłam, tak Go szukałam , że pozwolił mi się znaleźć… ale teraz już jestem całe mile od kościoła katolickiego. Wszystko analizuję na nowo, słucham tego co mówi mi Bóg, słucham jego rad, jego pouczeń. Nie odmawiam tylko w kółko tych samych modlitw ( choć nie pogardzam tradycyjnymi modlitwami: różaniec, nowenny, itd.) i nie paplam bez końca, tylko daje dojść do słowa Bożemu Duchowi, czytam Pismo Święte, analizuję je… chcę wszystko pojąć sercem! Bóg bardzo pomaga mi w rozwiązywaniu problemów, jest moim przyjacielem i jedynym pewnikiem na tym zmiennym świecie… Bo nawet sam kościół katolicki wciąż się zmienia, ciągle coś dodają i ujmują… a Bóg nigdy się nie zmienia! On jest stale wierny, kochający i tylko On jest Święty.

   Idę swoją drogą, prowadzi mnie tylko Bóg. Idę z kościołem Jezusa, ale jakby gdzieś osobną ścieżką. Czuję się jak pustelnik – sam na sam z Bogiem. Nie jest to łatwe, ale gdy jest mi ciężko On pomaga mi się uspokoić, odpocząć, koi mój ból, wyjaśnia wątpliwości…

Po prostu w pewnej chwili zrozumiałam, że to nie ksiądz ( kapłan) jest pośrednikiem między człowiekiem a Bogiem ( tak jak w Starym Testamencie), ale jest nim CHRYSTUS! Teraz to On jest głową kościoła, On pośredniczy, to On przebacza grzechy, odpuszcza winy, jest miłosierny… I to On powinien mnie poprowadzić i mnie osądzić. W kościele katolickim doznałam wielu rozczarowań i bólu ( choć nie tylko, bo nie wszystko jest złe), ale Chrystus powoli otwiera moje oczy… i choć czasem wiem wszystko, a czasem nie wiem zupełnie nic, to wiem, że to ON jest jedyną słuszną drogą, światłem… i tylko On może mi pomóc w poradzeniu sobie w nawet najtrudniejszych sytuacjach życiowych.

Pewnie czytając to masz mieszane uczucia ( i myślisz, że jestem niemoralna)… czy ja na pewno idę z Bogiem, skoro nie chodzę do kościoła ( a może wykorzystuję miłosierdzie boskie na swoją podłą korzyść, na usprawiedliwienie grzechu? )… Nie wiem jak to określić, ale to po prostu się czuje, gdy mówi do Ciebie ktoś kochający, ktoś komu na Tobie zależy, kto chce się Tobą zaopiekować. Często w modlitwie albo gdy słyszę głos Boga w głębi swojego serca, mówi do mnie: „Nie bój się!” I jest to tak delikatny, subtelny i kochający głos, że aż nie sposób się nie uśmiechnąć i nie poczuć ciepła jakim emanują te  słowa.

   Wciąż szukam prawdy, wciąż szukam ścieżek… ale On mnie prowadzi. UFAM TOBIE JEZU, TY SIĘ TYM ZAJMIJ!

 

Podczas odmawiania rocznej nowenny „Tajemnica Szczęścia” miałam sen… To był dzień Sądu Ostatecznego tak bardzo się bałam, a Bóg powiedział do mnie ( czułam Jego głos w sercu): „Nie bój się, JESTEM blisko.” – wtedy przestałam się bać i obudziłam się.

 

MariaEva.