Dlaczego chodząc do kościoła czułam wyrzuty sumienia, że żyję?

 

Właściwie nie wiem kiedy to się zaczęło. Chyba już w dzieciństwie wmawiano mi, że Jezus umarł przeze mnie na krzyżu. Czułam się podle, czułam się nieczysta, niegodna tego żeby żyć, nie godna miłości. W kościele ksiądz wciąż wypominał ludzkie grzechy na ambonie, gromił, potępiał… więc zakodowałam sobie, że jestem zła!

Rok temu zaczęłam odmawiać modlitwę: „TAJEMNICA SZCZĘŚCIA”. Moje myślenie o wierze i Bogu przeszło kompletną metamorfozę! Bóg mnie poprowadził i wskazał błędne myślenie, które wpajano mi od dziecka.

Przede wszystkim: człowiek jest z natury dobry, bo stworzył go Bóg, a On wie co robi gdy powołuje kogoś do życia. Gdy człowiek się rodzi jego dusza jest czysta i niczym nieskażona, niczym biała kartka. Stwórca wyposaża człowieka atutami,  idealnymi cechami, które będą mu potrzebne do życia ( bo jak idealny Bóg może stworzyć nieidealnego człowieka???!!!). Wszystko co złe pochodzi z tego świata… niestety. Dorastamy i chłoniemy zło tego świata, zniekształca się nasza osobowość… dzieci rodzą się chore… Ale to nie pochodzi od BOGA!!! To wszystko psuje się dopiero tutaj na ziemi. Kim byłby Bóg, gdyby stworzył chore dziecko niezdolne do życia?!!!! Czyż nie zależy to od genów, rodziców, tego co robi matka podczas ciąży?

Ale odeszłam od sedna sprawy.

Wmawiano mi, że jestem winna śmierci Jezusa. To nie tak! On umarł na krzyżu z miłości do mnie! Żeby oczyścić mnie ze zła, grzechu pierwszych rodziców, żeby otworzyć mi drogę życia, światła i zbawienia! Tak bardzo jestem godna miłości, że sam Bóg zszedł na ziemię, żeby za mnie umrzeć!!! Więc jak mam nie być godna tego, żeby żyć???!!!

Druga sprawa: moje grzechy i wątek wbijania gwoździ w ciało Jezusa, za każdym razem gdy zgrzeszę… On umarł po to, żeby uwolnić mnie od grzechu  i wiecznego potępienia. Człowiek nie powinien patrzeć tylko w kierunku złego, potępiać siebie przez całe życie za grzech! Bóg jest większy od tego wszystkiego, a wszystko co czuje patrząc na człowieka to MIŁOŚĆ! Zwróć oczy ku dobremu, ku Bogu, który tak Cię miłuje, że oddaje za Ciebie życie, a pokochasz go tak bardzo, że zrozumiesz w mik JEGO przykazania, miłość… i pojmiesz wszystko sercem, a nie rozumem. Jego miłość wyprostuje Ci wszystkie ścieżki i przestaniesz borykać się wciąż z tymi samymi grzechami! Co z tego, że się wyspowiadasz jak za chwilę robisz to samo?! Wiesz co to znaczy? Że nie patrzysz w górę, ku dobrego, ale cały czas skupiasz się na negatywach i grzechu, które tak Cię przytłaczają, że dochodzisz tylko do wniosku, że Bóg nie może kochać kogoś takiego jak Ty skoro jesteś taki grzeszny. SPÓJRZ NA CHRYSTUSA UKRZYŻOWANEGO, KTÓRY Z MIŁOŚCI DO CIEBIE DAŁ SIĘ DOBROWOLNIE UKRZYŻOWAĆ! Myślisz, że gdy wbijano mu gwoździe do ciała, myślał o tym jaki zły się urodzisz i że właśnie przez twoje grzechy cierpi?! NIE! Myślał tylko o tym, żebyś doświadczył JEGO miłości i zbawienia! Zwróć oczy ku Bogu, a uwolnisz się od poczucia winy. Bo zaraz obok praw i przykazań stoi MIŁOŚĆ, która jest całym sednem chrześcijaństwa. Skup się na bożej miłości, a przykazania same wejdą Ci w krwioobieg, bez zbędnej fatygi.

 

MariaEva.

 

PS: zachęcam do odmówienia modlitwy „TAJEMNICA SZCZĘŚCIA”! W kolejnych wpisach napiszę jeszcze o tym więcej. Ja już odkryłam tajemnicę 😉 spróbuj i TY.